Dzien rozpoczalem o 5.30 (O.), zeby popatrzec na wschod slonca nad zatoka. Zanim slonce wychylilo sie znad skal krajobraz spowity byl klebiacymi sie oparami mgly. Widok ponury, kojarzacy sie basniowo, ale bardzo intrygujacy. Po sniadaniu jakos po 7 mielismy dostac kajaki, zeby na wlasna reke troche poeksplorowac okolice. W miedzyczasie przesadzili nas na inny statek co troche potrwalo, i jak juz dostalismy te kajaki koles krzyczal za nami, zeby mamy tylko 15 min na plywanie. To juz byla przesada! Ze niby co? Juz mamy opoznienie w stosunku to zalozonego programu? Oczywista plywalismy tyle ile nam sie chcialo, niektorzy to nawet swobodnie ponad godzine. Po kajakach ruszylismy w strone portu w Ha Long. Po drodze mozna bylo do woli sycic oczy mijanymi krajobrazami i byczyc sie na sloncu, oczywiscie spalilismy ryje.
O 11 dotarlismy do portu, gdzie okazalo sie ze mamy godzine czekac na autobus! Po kiego wala zatem byl ten pospiech? To byl moment kiedy mialo sie ochote strzelac do organizatorow (a wlasciwie dezorganizatorow). Autobus przyjechal oczywiscie spozniony, po 1,5 h. To byl dzien naszego wylotu i nie zalezalo nam specjalnie na opoznieniach, dlatego w drodze powrotnej poprosilismy, zeby nas wysadzili przy postoju mini-busow jezdzacych na lotnisko. Nasz przewodnik zaczal krecic i mowic, ze po poludniu mini-busy juz nie jezdza (oczywiscie mielismy inne informacje) i z checia zalatwi nam taxi za 12 $. Grzecznie lecz kategorycznie odmowilismy, wysadzili nas wiec w centrum skad poszlismy z buta na postoj. Oczywiscie okazalo sie, ze mini-busy jak najbardziej jezdza i kosztuja 2$. To byl pierwszy raz kiedy ktos tak bezczelnie nas oszukal.
Podsumowujac. Zatoke Ha Long trzeba zobaczyc, ale forma w jakiej to sie odbywa, w ogole nam nie odpowiada. Panuje organizacyjny burdel a do tego ciagle cie poganiaja. Jaskinia - 40 min, kajaki - 15 min i ani minuty dluzej itp. Moze to to juz nasze zmeczenie a moze trafilsmy na niekompetentnych gosci, niesmak jednak pozostaje.