Po calonocnej podrozy (10 godzin - 300 km!) dotarlismy do Lao Cai skad zlapalismy busa do Sa Pa. Na miejscu mgla, widocznosc 50m, a do tego chlodno. Zrobilismy rundke po miescie i przy sniadaniu obmyslalismy plan. Mielismy sobie zrobic maly spacer po okolicy, ale ni stad ni z owad napatoczyly sie 4 kobiety z plemienia Czarnych Hmongow. W ogole w miescie jest ich pelno, zaczepiaja turystow w swoich tradycyjnych strojach i oczywiscie wciskaja swoje rozne popierdalki, na prawde ciezko sie od nich uwolnic. Do tego wszystkie mowia niezle po angielsku:) Wracajac do spaceru. Szlismy sobie powolutku a te 4 za nami jak cienie i w ogole nie zwracalismy na nie uwagi. Po drodze trzeba kupic bilet wstepu do ich wioski, inaczej nie pojdziesz dalej. W pewnym momencie panie zostaly naszymi przwodniczkami i kazaly isc za soba, schodzac z glownej drogi. I chwala im za to. Prowadzily nas wsrod sobie tylko znanych sciezek, przecinalismy potoczki, mijalismy zapyziale chatynki, chodzilismy po polnych tarasach wsrod rolnikow i utaplalismy sie w blocku. Po drodze widoki byly fantastyczne bo wreszcie podniosla sie mgla! To chyba jeden z lepszych dni wyjazdu:)
Po dotarciu do wioski okazalo sie, ze nie ma nic za darmo. Nasze przewodniczki w zamian za usluge kazaly cos od siebie kupic, czyli w sumie 4 rzeczy. Zaczelo sie przekomarzanie, co, od ktorej, za ile itp. Generalnie niezly ubaw. Po targach kazdy odszedl usatysfakcjonowany. Odpoczelismy chwile we wiosce delektujac sie krajobrazem i wrocilismy do miasta.
Zalujemy, ale nie mozemy wrzucic zdjec bo nie dziala usb, ale uwierzcie, widoki zapieraja dech.
Nie mozna nie odwiedzic tego miejsca bedac w Wietnamie, bardzo nam sie okolica podoba.