Z tradycyjnym opoznieniem wyruszylismy na wycieczke, zbieraja po miescie towarzyszy podrozy przez kolejne pol godziny. My Son jest kulturowym dziedzictwem Wietnamu, wpisanym na liste UNESCO. Sa to ruiny po miescie ludu Champa z kompleksem hinduskich swiatyn - takie male, bardzo male Angkor Wat. Poltorej godzinki, ktore nam przeznaczyli bardzo zorganizowani przewodnicy spokojnie wystarczy. Tlum turystow, naprawde ciezko zrobic zdjecie bez bialej twrzy w tle. Jak ktos zobaczy juz Angkor, to tutaj nie ma co przyjezdzac ;)
wracalismy lodzia, rzeka Thu Bon - nie byl to moze rejs z Czasu Apokalipsy, ale ciekawe doswiadczenie, mozna bylo podgladac codziennosc wietnamskich rybakow.
Po powrocie spedzilismy czas w oczekiwaniu na nocny sleeping-bus do Mui Ne (start o 18ej). Oczywiscie przyjechal mocno spozniony, do tego trafilismy fatalne miejsce - na koncu, tj. na silniku i to na dole, co we mnie (Magda) powoduje lekka klaustrofobiczna panike. Podroz byla dluuuuuga. Ale jakos udalo sie przespac. No to tymczasem :)