Dojechalismy.
Z poslizgiem spowodowanym pijanym Holendrem (chyba?) na pokladzie samolotu, ktorego ostatecznie wyrzucono, ale dolecielismy. Wczoraj nie pisalismy bo mieszanina zmeczenia, zmiany czasu, wrazen i lokalnego piwka pozbawila nas weny. Ale nadrabiamy.
Wietnam przywital nas zywa, swieza zielenia poletek ryzowych i niestety szarym, smutnym niebem. Szczerze, troche tu chlodno, 20 stopien szerokosci a tu tak zimno?! Wczoraj niby 20 stopni bylo, ale jakos tego nie czuc. Z lotniska zlapalismy busa za 2 dolce od lba, ktory dowiozl nas w okolice Old Quarter, wysiedlismy i zaczelismy szukac noclegu. Z tym problemu nie bylo, jakas przypadkowo spotkana Wietnamka zaprowadzila nas do jednego, ot tak, za ladny usmiech. Noc - 15 dolcow za pokoj z lazienka z goraca woda, tv, klimatyzacja, slowem - wypas. Ogarnelismy sie i poszli w miacho.
Ulice to jeden wielki chaos, taki swojski burdel! Obowiazuje tu jedna zasada, brak zasad. Motorki, ktorych jest chyba tyle co mieszkancow, jezdza ze wszystkich stron. Wietnamczycy na motorkach maja big cochones i nerwy ze stali, wcinaja sie przed samochody, wszyscy trabia. Podstawowa zasada ruchu drogowego to wlasnie trabienie, dojezdzajac do skrzyzowania koniecznie trzeba obwiescic innym ze jedziesz i nie zamierzasz sie zatrzymac wiec trabisz. Podoba mi sie ze mozna lazic po ulicy jak sie chce i nawet cie nie ztrabia. Przejscie przez ulice to dopiero jest wyzwanie, to ze sa pasy nie znaczy wcale ze ktos sie zatrzyma i przepusci pieszego. O co to to nie! Trzeba wlezc i powoli isc, zmotoryzowani po prostu cie omina.
Na razie zwiedzilismy najblizsze okolice Old Quarter i jeziora Hoan Kiem, wczoraj wieczorem gubilismy sie wsrod ulicznych stoisk i straganikow. Zaliczylismy posilek w knajpie, jeszcze nie odwazylismy sie jesc na chodnikowym straganie. Wietnamczycy stoluja sie wlasnie na ulicy. Wyglada to tak, ze siedzi pani z jakims garem z rosole, dookola posiekane miecho, zielenina, przyprawy - wrzuca sie to wszystko do miseczki i gotowe, klient je na plastikowym stoleczku przeznaczonym chyba dla trzylatka (taki jest duzy). A propos obiadow, siedzac wczoraj w knajpie Magda zauwzyla pieska i rzekla: "ooo, tam merda ogonem potencjalny obiad", szybko chlonie lokalne zwyczaje co?!
Ciekawostka, Wietnamczycy strasznie lubia plagiatowac uznane marki. Jest znana agenacja turystyczna Sinh Cafe - wczoraj trafilismy na uliczke gdzie wszystkie agenecje tak sie nazywaly, malo tego, wszystkie mialy takie samo logo, nie wiemy ktora byla ta prawdziwa. Dzisiaj z kolei bylismy w uliczce hosteli, gdzie co drugi nazywal sie Backpackers Hostel (znany z przewodnika Lonely Planet).
Za kilka godzin wyruszamy dalej na poludnie (Sape i Ha Long zostawiamy na koniec wyjazdu), mamy 14 godzinna podroz sleeping-busem przed soba. Next stop - Hue.
Dla zainteresowanych podajemy nocleg w Hanoi
Hoan Kiem Lake Hotel
29 Hang Trong Street
15 dol za pokoj